Jeszcze kilka lat temu, pakując się na wyjazd, odruchowo sięgaliśmy po ciężką torbę z laptopem. Dziś jednak, gdy zależy nam na maksymalnej mobilności i swobodzie, nasz wzrok coraz częściej wędruje w stronę tabletów. I trudno się temu dziwić. Te smukłe urządzenia przeszły długą drogę i już dawno przestały być wyłącznie „większymi smartfonami” do wieczornego scrollowania internetu na kanapie czy oglądania seriali w łóżku. Naturalnie i bez większego hałasu zadomowiły się w naszym codziennym życiu – na uczelniach, w kawiarniach, czy w pociągac, stając się niezwykle wszechstronnym narzędziem. Dla wielu z nas to właśnie tablet stał się urządzeniem pierwszego wyboru do szybkiej pracy z dokumentami, szkicowania, prowadzenia wideokonferencji, czy po prostu relaksu przy dobrej książce. Nie muszą one za wszelką cenę wypierać tradycyjnych laptopów – po prostu w wielu życiowych scenariuszach, zwłaszcza tych wymagających bycia w ciągłym ruchu, są od nich znacznie wygodniejsze.
Przedpremierowo do naszej redakcji trafił reprezentant tego nowoczesnego, mobilnego podejścia, czyli najnowszy HUAWEI MatePad Pro Max. Według zapowiedzi to sprzęt, który łączy w sobie materiały premium, ogromny ekran i niesamowitą wręcz smukłość, mającą ułatwić życie każdemu, kto rzadko bywa w jednym miejscu. Papierowe specyfikacje to jednak jedno, a codzienna praktyka to zupełnie inna bajka. Dlatego, zamiast testować go wyłącznie w sterylnych, redakcyjnych warunkach, po prostu wrzuciliśmy go do plecaka i zabraliśmy w podróż za granicę. Chcieliśmy sprawdzić na własnej skórze, jak ten flagowy model poradzi sobie w prawdziwym życiu – na lotnisku, podczas pracy zdalnej z hotelowego balkonu i w trakcie wieczornego relaksu po całym dniu zwiedzania. W tej recenzji przyjrzymy się z bliska, czy MatePad Pro Max faktycznie jest tak doskonałym kompanem, jak obiecuje producent.

Kiedy szykowałem się do wyjazdu i przyszło do pakowania elektroniki, HUAWEI MatePad Pro Max nieco zburzył moje dotychczasowe przyzwyczajenia. Zazwyczaj sprzęt z ekranem o przekątnej 13,2 cala kojarzy się z czymś, na co trzeba wygospodarować solidny kawałek miejsca w torbie czy plecaku. Tymczasem propozycja od Huawei ma zaledwie 4,7 mm grubości i waży niewiele ponad pół kilograma (dokładnie 509 gramów). W praktyce oznacza to, że wsuwasz go między notatnik a bluzę i dosłownie o nim zapominasz. Zgodnie z deklaracjami to najlżejszy sprzęt w swojej klasie rozmiarowej i muszę przyznać, że podczas biegania po lotniskowych terminalach czy spacerów po mieście z podręcznym bagażem, ten brak dodatkowego ciężaru staje się naprawdę nieoceniony. Zamiast dźwigać tradycyjny komputer, miałem przy sobie coś, co gabarytami przypomina grubszy magazyn lifestylowy. Od strony wizualnej tablet bardzo zgrabnie wpisuje się w luźniejszy, podróżniczy klimat. Nie uświadczymy tu krzykliwych elementów; jest za to przemyślany minimalizm.

Na wyjazd zabrałem wersję w stonowanym, błękitnym kolorze, która dzięki wielowarstwowemu wykończeniu i specjalnej powłoce optycznej subtelnie mieni się w świetle. Wygląda to po prostu estetycznie – nienachalnie i elegancko, dzięki czemu tablet dobrze prezentuje się zarówno na stoliku w głośnej kawiarni, jak i porzucony niedbale na hotelowym łóżku. Przy tak ekstremalnie smukłych urządzeniach zawsze jednak pojawia się z tyłu głowy obawa o wytrzymałość. 4,7 mm grubości to naprawdę niewiele, więc wizja przypadkowego zgniecenia sprzętu w wypchanym po brzegi plecaku kabinowym wydawała się całkiem realna. Okazuje się jednak, że Huawei solidnie podeszło do kwestii konstrukcyjnych. Wnętrze tabletu wzmocniono sześcioma belkami nośnymi, co według danych producenta zwiększyło odporność na zginanie o 60%. Co ciekawe, jest to pierwszy na rynku tablet, który otrzymał oficjalny certyfikat TÜV Rheinland potwierdzający wytrzymałość na wyginanie dla tego typu ultrasmukłych urządzeń. W trakcie podróży specjalnie się z nim nie cackałem – sprzęt często lądował w torbie w towarzystwie ładowarek, twardych opraw książek czy butelki z wodą i zniósł to wszystko bez mrugnięcia okiem. To spory atut, bo w drodze technologia ma ułatwiać życie, a nie być kolejnym powodem do zmartwień.

Niezbędni towarzysze podróży – klawiatura i rysik
Zanim przejdziemy dalej warto zwrócić uwagę na fakt, że sam tablet, choćby nie wiem jak smukły i elegancki, to wciąż tylko połowa sukcesu, jeśli w drodze zależy nam na jakiejkolwiek produktywności. W moim przypadku absolutnie nieodłącznym elementem wyjazdowego zestawu okazała się pełnowymiarowa klawiatura HUAWEI Glide, która została wyposażona w całkiem spory touchpad. To właśnie ona sprawia, że siedząc w kawiarni czy czekając na lot, urządzenie błyskawicznie zamienia się w wygodną stację roboczą, na której można wygodnie odpisywać na maile czy redagować teksty. Co więcej, po skończonej pracy klawiatura sprytnie się składa, pełniąc funkcję ochronnego etui. W podróży to szalenie praktyczne rozwiązanie – nie trzeba pamiętać o dodatkowych pokrowcach, a sprzęt jest od razu gotowy do wrzucenia do plecaka.
Do kompletu, na czas wyjazdu, dołączył również najnowszy rysik HUAWEI M-Pencil Pro. Nawet jeśli, tak jak ja, nie masz w sobie żyłki profesjonalnego grafika, szybko docenisz ten gadżet. Świetnie sprawdza się do szybkiego nanoszenia poprawek na dokumenty, robienia odręcznych notatek czy po prostu precyzyjnego suwakowania podczas edycji zdjęć z wakacji. Producent chwali się, że rysik obsługuje ponad 10 000 poziomów nacisku i oferuje dwie wymienne końcówki, dzięki czemu można dopasować jego czułość do własnych preferencji.
Dla mnie jednak największym hitem okazał się sposób jego przechowywania. Klawiatura Glide posiada ukryty schowek na rysik, który nie tylko chroni go przed zgubieniem gdzieś na dnie torby, ale jednocześnie bezprzewodowo go ładuje. To jeden z tych drobnych, przemyślanych detali, które w codziennym, mobilnym życiu po prostu zdejmują z głowy niepotrzebny problem – zawsze wiesz, gdzie jest rysik i wiesz, że jest naładowany.

Przejdźmy jednak do tego, co w każdym tablecie najważniejsze, czyli do wyświetlacza – a ten w MatePadzie Pro Max to absolutny majstersztyk, który w podróży pokazał pełnię swoich możliwości. Zazwyczaj praca na zewnątrz, w pełnym słońcu, to koszmar pełen irytujących odblasków i ciągłego szukania cienia. Tutaj jednak do gry wchodzi magiczne słowo: PaperMatte. Zastosowany tu 13,2-calowy panel Flexible OLED posiada specjalne, matowe wykończenie, które rewelacyjnie redukuje refleksy świetlne i odblaski. W praktyce oznaczało to, że mogłem bez problemu odpisywać na maile czy czytać artykuły, siedząc w pełnym słońcu na plaży, nie mrużąc przy tym oczu.

Co więcej, taka matowa powierzchnia sprawia, że pisanie i szkicowanie rysikiem zapewnia bardzo naturalne odczucia, przypominające sunięcie długopisem po prawdziwej kartce papieru. Sama jakość obrazu to absolutna topka jeśli chodzi o sprzęt tej kategorii. Matowa powłoka wcale nie pozbawiła ekranu wyrazistości – obraz jest niesamowicie ostry i płynny, co jest zasługą rozdzielczości 3K (3000 × 2000 pikseli) oraz częstotliwości odświeżania sięgającej 144 Hz. Jeśli dodamy do tego jasność szczytową na poziomie aż 1600 nitów oraz absurdalnie wręcz cienkie ramki otaczające wyświetlacz, mające zaledwie 3,55 mm (co daje imponujący stosunek ekranu do obudowy na poziomie 94%), otrzymujemy sprzęt, który po prostu pochłania bez reszty. Wieczorne seanse filmowe po intensywnym dniu zwiedzania wyglądały zjawiskowo, a potęgował to rewelacyjny kontrast wynoszący 2 000 000:1. Warto też wspomnieć, że przy tych wszystkich wyśrubowanych parametrach, panel mocno dba o nasze oczy – skutecznie ogranicza zmęczenie wzroku nawet przy wielogodzinnym użytkowaniu. Krótko mówiąc: to ekran, na który aż chce się patrzeć, co jest kluczową cechą jeśli chodzi o tablety.

W podróży najgorszym koszmarem jest zawsze powiadomienie o słabej baterii – zwłaszcza w samolocie, pociągu, czy gdy do najbliższego gniazdka mamy kilka ładnych kilometrów. Na szczęście MatePad Pro Max okazał się pod tym względem prawdziwym długodystansowcem, pozwalającym zapomnieć o nerwowym zerkaniu na wskaźnik naładowania. W tej niesamowicie smukłej obudowie inżynierom udało się upchnąć potężne ogniwo o pojemności aż 9760 mAh. W praktyce oznaczało to, że po całym dniu przeglądania map, robienia odręcznych notatek, edytowania zdjęć i pracy w kawiarniach, wieczorem wciąż miałem spory zapas energii. Producent deklaruje ponad 13 godzin odtwarzania wideo i w codziennym użytkowaniu faktycznie czuć, że tego prądu wystarczy na bardzo długo.
A jeśli już udało mi się mocno uszczuplić zapasy, z pomocą przychodziło wsparcie dla szybkiego ładowania HUAWEI SuperCharge o mocy do 66 W. Mając pod ręką odpowiedni zasilacz 100 W, pełne naładowanie tego giganta zajmuje około godziny. Prawdziwym hitem, który nieraz uratował mi skórę podczas wyjazdu, okazało się jednak ładowanie zwrotne z rekordową mocą 40 W. MatePad Pro Max w kryzysowych momentach błyskawicznie zamieniał się w ogromny i niezwykle szybki powerbank dla mojego smartfona, co w terenie, z dala od cywilizacji, jest funkcją na wagę złota. I skoro już o zasilaniu mowa, to muszę wspomnieć o kapitalnym rozwiązaniu dotyczącym rysika HUAWEI M-Pencil Pro. Problem rozładowanego gadżetu tutaj praktycznie nie istnieje. Jego zasilanie odbywa się w pełni bezprzewodowo za pomocą magnetycznego złącza. Odkładasz piórko na ramę urządzenia, magnesy łapią je z przyjemnym oporem i od razu zaczyna się proces uzupełniania energii. W efekcie zawsze masz je pod ręką, zawsze jest naładowane i gotowe do akcji.

Gdy wyjeżdżasz z tylko jednym urządzeniem do pracy i rozrywki, musisz mieć pewność, że nie złapie ono zadyszki, kiedy otworzysz kilkanaście kart z przewodnikami, odpalisz edytor zdjęć z wakacji i dołożysz do tego Spotify grające w tle. MatePad Pro Max w takich wielozadaniowych scenariuszach czuje się po prostu jak ryba w wodzie. Pod maską drzemie ośmiordzeniowy procesor Kirin T93C, który dba o stabilną i płynną pracę. Świetnie rozwiązano też kwestię pamięci operacyjnej – tablet posiada 12 GB pamięci RAM, co sprawia, że przeskakiwanie między aplikacjami jest błyskawiczne.
Co ciekawe, nawet gdy pracowałem na nim w pełnym słońcu, obudowa pozostawała chłodna. Producent zaszalał i umieścił tu zaawansowany system chłodzenia z podwójną komorą parową (Dual VC) i ciekłym metalem, co poprawiło efektywność odprowadzania ciepła o 30%. Trzymanie go na kolanach jest więc w 100% komfortowe. Kiedy po całym dniu wreszcie przychodzi czas na relaks, ten ultrasmukły sprzęt wyciąga z rękawa kolejnego asa – dźwięk. Zazwyczaj w tak cienkich urządzeniach głośniki grają płasko, ale tutaj mamy do czynienia z sześciogłośnikowym systemem wspieranym technologią HUAWEI SOUND. Brzmienie jest zaskakująco przestrzenne, a dodatkowe algorytmy AI dbają o głębokie podbicie basu. Wieczorne nadrabianie zaległości w serialach w hotelowym łóżku wciąga absolutnie bez reszty i naprawdę trudno uwierzyć, że tak potężny dźwięk wydobywa się z tabletu, który ma niespełna 5 milimetrów grubości.

Na koniec zostawiłem kwestię aparatów, które w tabletach często bywają traktowane po macoszemu. W Huawei MatePad Pro Max jest zupełnie inaczej. Z tyłu znajdziemy solidny obiektyw o rozdzielczości 50 MP, który potrafi uchwycić naturalne, żywe kolory. Nie zastąpi on aparatów fotograficznych lub tych umieszczonych w telefonach, jednak okazał się on być przydatny do szybkiego skanowania paragonów i dokumentów podróżnych, a czasem posłużył do zrobienia pamiątkowego zdjęcia, gdy smartfon akurat leżał w pokoju. Z kolei z przodu umieszczono 12-megapikselową kamerę z szerokim, 90-stopniowym kątem widzenia. Również znajduje swoje zastosowanie podczas szybkich spotkań online – obraz był klarowny, a dzięki zestawowi czterech mikrofonów z redukcją szumów, moi rozmówcy słyszeli mnie głośno i wyraźnie, ignorując gwar ulicznej kawiarni, w której akurat siedziałem.

Sama smukła obudowa i piękny ekran to jednak za mało, by na dobre porzucić laptopa. Prawdziwym testem dla HUAWEI MatePad Pro Max w tej podróży okazało się oprogramowanie – i to właśnie tutaj ten sprzęt ostatecznie udowodnił mi, że w mojej opinii stał się obecnie absolutnie najlepszym i bezkonkurencyjnym narzędziem do mobilnej pracy. Kiedy rano siadałem z kawą na tarasie, żeby ogarnąć redakcyjne sprawy, nie czułem żadnych braków względem mojego domowego komputera. Duża w tym zasługa pakietu WPS Office, który na tym urządzeniu oferuje interfejs oraz pełny pasek narzędzi znany z klasycznych komputerów PC. Kiedy dołożymy do tego zaawansowaną wielozadaniowość i funkcję Live-Multitask, pozwalającą na bardzo płynną pracę w aż trzech oknach jednocześnie, granica między tabletem a komputerem zaczyna się całkowicie zacierać.
Przeglądanie źródeł, edytowanie tekstu w dokumencie i szybki rzut oka na komunikator z boku ekranu działały tak naturalnie, że mogłem w pełni skupić się na pracy. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie również narzędzia stworzone z myślą o wykorzystaniu potencjału rysika. Aplikacja HUAWEI Notes to istny kombajn dla każdego, kto żyje z tworzenia i porządkowania myśli – nie tylko świetnie organizuje odręczne zapiski, ale posiada też funkcję AI Voice zamieniającą mowę na tekst, potrafi odtwarzać zsynchronizowane nagrania dźwiękowe, a nawet automatycznie obliczać odręcznie zapisane równania matematyczne. Kiedy z kolei po pracy miałem ochotę wyłączyć analityczne myślenie i oddać się kreatywnemu relaksowi, otwierałem profesjonalną aplikację GoPaint. Obsługa nawet do 240 warstw oraz niesamowicie realistyczne, płynnie reagujące na nacisk pędzle sprawiają, że można się w wirtualnym szkicowaniu zatracić na długie godziny.
A co z obawami o oprogramowanie? Tutaj również czekało mnie miłe zaskoczenie. Z pomocą przychodzi stale rozwijany sklep AppGallery, a wszelkie braki błyskawicznie uzupełnia narzędzie Gbox, które w intuicyjny sposób daje bezproblemowy dostęp do popularnych aplikacji oraz usług Google. Cały ten ekosystem sprawił, że podczas wyjazdu ani przez chwilę nie zatęskniłem za Windowsem czy macOS. Zamiast tego cieszyłem się niesamowitą swobodą, przenosząc całe swoje biuro do małego plecaka.

Po tych kilkunastu dniach spędzonych z HUAWEI MatePad Pro Max w podróży, odpowiedź na pytanie postawione na samym początku tekstu nasuwa się właściwie sama. Dla ogromnej części z nas klasyczny, nieporęczny komputer z klapką po prostu przestaje być koniecznością. Ten tablet udowodnił, że prawdziwa mobilność nie musi już w żadnym stopniu oznaczać bolesnych kompromisów. Zestawienie niewiarygodnie smukłej formy o wadze zaledwie 509 gramów, rewelacyjnego matowego ekranu PaperMatte, który ratuje wzrok w pełnym słońcu, oraz oprogramowania na dobre wprowadzającego prawdziwą wielozadaniowość, tworzy pakiet niemal idealny.
Oczywiście, bądźmy realistami – jeśli na co dzień montujesz pełnometrażowe filmy, pracujesz w bardzo specyficznym, inżynieryjnym oprogramowaniu lub jesteś zapalonym graczem pecetowym, tradycyjny laptop wciąż pozostanie Twoim głównym narzędziem. Jeśli jednak Twój styl życia to ciągły ruch, praca z dokumentami, komunikacja, sporządzanie odręcznych notatek czy po prostu odpoczynek przy dobrym filmie po intensywnym dniu, propozycja od Huawei sprawdza się zjawiskowo. Kiedy po powrocie zrzuciłem z ramion plecak i spojrzałem na mój ciężki, kurzący się na domowym biurku komputer, uświadomiłem sobie jedną rzecz. Na żaden kolejny wyjazd już go ze sobą nie zabiorę.
Jeśli po tej recenzji czujecie, że to sprzęt skrojony pod Was, HUAWEI MatePad Pro Max w tej wersji (12 GB/512 GB w zestawie z klawiaturą i rysikiem) jest do zakupienia już teraz za 6499 zł, ale zdecydowanie warto podjąć decyzję w miarę szybko – do 5 października potrwa bowiem świetna promocja na start, w ramach której ten model zgarniecie 500zł taniej.
