Otwarty świat, duchy, japoński folklor – czy to się może udać? Recenzja Ghostwire: Tokyo

Kto kiedykolwiek choć liznął temat japońskiej kultury, ten na pewno słyszał o tamtejszych wierzeniach i mitach. Opowieści o bóstwach przyrody, historie o yokai – demonach prześladujących ludzi, symbolika bram Torii ustawianych przed świątyniami shinto albo chociażby maneki-neko – figurka kota z machającą łapką, która ma przynosić szczęście. Japoński folklor jest niezwykłe bogaty, a omawiana dziś gra, czyli Ghostwire: Tokyo, doskonale to wykorzystuje. Ale czy to wystarczy, aby przyciągnąć graczy z całego świata? Zapraszam do recenzji.

Za Ghostwire: Tokyo odpowiada japońskie studio Tango Gameworks. Wcześniej dali nam oni dwie odsłony The Evil Within. Twórcom nie trzeba więc tłumaczyć, czym powinna charakteryzować się z gra z pogranicza horroru. Z pogranicza, bo nadal jakoś ciężko nazwać mi Ghostwire: Tokyo horrorem, choć ten oczywiście posiada jego elementy. Są duchy, są demony, są nawiedzone domy. Ale mimo wszystko w grze z otwartym światem tylko się bawimy, zahaczając o te elementy, a grozy doświadczyć tu trudno – poza paroma dobrze wyreżyserowanymi scenkami fabularnymi. A więc tak – twórcy The Evil Within postanowili iść za trendami na rynku i tym razem dać nam piaskownicę na długie godziny. Udało się to Guerrilla Game z Horizon Zero Down, Sucker Punch Production z Ghost of Tsushima, czemu im miałoby się nie udać. Jak wyszło? Trochę dobrze, trochę niedobrze, ale o tym za chwilę.

Zobacz również: GRID Legends – recenzja gry. Dobra, ale nie najlepsza ścigałka na rynku

Ghostwire: Tokyo

Fot. Screen z gry Ghostwire: Tokyo

Fabuła Ghostwire: Tokyo to mocna strona tytułu. Historia opowiada o losach Akito, który jako jeden z nielicznych przeżył katastrofę w tokijskiej dzielnicy Shibuya – w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęło wtedy 99 procent populacji. W tym opustoszałym miejscu można spotkać duchy zaginionych, które są pochłaniane przez demony z zaświatów. Za wszystkim ma stać tajemnicza osoba w masce Hannya – demona kobiecej zazdrości. Nasz bohater nie jest sam w tym przerażającym świecie, bo do jego ciała trafił duch KK, czyli detektywa od zjawisk paranormalnych, który już wcześniej miał styczność z Hannya. To on sprawia, że Akito zdobywa umiejętności pozwalające mu stawić czoła potworom z zaświatów. W całą intrygę wkrótce zostaje wplątana jeszcze siostra Akito, a jej uratowanie staje się priorytetem dla dwójki bohaterów.

Co tu mówić o historii – więcej niż powyższy opis zdradzić nie mogę, bo nie chce psuć Wam zabawy. Ale nie da się ukryć, że fabuła głównego wątku warta jest poznania. Misje fabularne są zdecydowanie najciekawsze i to na nich podczas przechodzenia gry trzeba skupić się najbardziej. Całość nie imponuje może rozmachem czy długością, bo główny wątek da się poznać w około 12-14 godzin (dodając eksplorację i misje poboczne można śmiało wyciągnąć już z 25-30 godzin), jednak jest to całkiem oryginalna rzecz. Dzieje się tu dużo i to właśnie podczas głównych misji możemy doświadczyć tego klimatu grozy przy dobrze wyreżyserowanych sekwencjach – skojarzenia z Silent Hillem są bardzo na miejscu. A do tego jest tu też dużo ludzkich emocji, co działa mocno na korzyść tej bądź co bądź mało przyziemnej przygody.

Zobacz również: Graliśmy w betę Trek To Yomi!

Jak wspomniałem, misje główne są tu zdecydowanie najciekawsze, co niestety nie jest dobrym prognostykiem dla otwartego świata. Przepaść między fabularnymi wątkami a tymi opcjonalnymi jest ogromna. Twórcy przed premierą zapowiadali, że side questy będą oryginalne i skupią się na historii (warto podkreślić, że misje zawsze odbieramy od duchów, bo ludzi tu nie ma). I okej – są misje opowiadające o śmierci, o dramatycznej przeszłości nawiedzającego dom ducha, o na przykład dziewczynce, która widzi demona, gdy zamknie oczy, bo wcześniej miała przeszczep rogówki oka – i tak dalej. Mamy też masę okazji, by poznać różne rodzaje yokai – dobrze rozpoznawalny kappa też się znajdzie. Są nawet misje o komediowym charakterze – duch, który okupuje publiczną toaletę, bo skończył mu się papier – jest i to. Tylko co z tego, jak przy praktyczniej każdej misji ogranicza się to do 2-3 zdań na początku i podziękować na końcu. Same misje w większości sprowadzają się do walki, szukania, egzorcyzmowania (narysowania odpowiedniego znaku), a różnice między czynnościami, które musimy wykonać, są bardzo małe. Plusik, że przynajmniej misje są dubbingowane, bo to nadal w japońskich grach nie jest standardem.

Ogólnie otwarty świat w Ghostwire: Tokyo jest tym, czym na pewno doskonale znacie z innych gier tego typu. Na wzór tytułów z serii Assassin’s Creed mamy na przykład odkrywanie mapy, tu oczyszczając bramy Torii – znika wtedy zabójcza mgła. Jest też masa kapliczek do odkrycia, które zwiększają naszą maksymalną ilość amunicji (tu eteru) oraz duchów do zebrania – te kolekcjonujmy i wysyłamy przez budki telefoniczne do naszych towarzyszy poza mgłową barierą, by potem ci przywrócili ich do żywych. A dusz jest tu do zebrania aż 240 tysięcy, gdzie przy jednym punkcie zbiera się od 100 do 1000 – znalezienie wszystkich może być sporym wyzwaniem. Z innych znajdziek warto wspomnieć o gadających szopach (tanuki) pochowanych po całej mapie oraz o psowatych, których możemy nakarmić, za co ci wykopią nam trochę gotówki. Jest tu co robić, więc fani licznych znajdziek będą ukontentowani. I jeszcze taki bonus – wiecie, kto przejął lokalne sklepiki i stragany, gdy zniknęli ludzie? A takie lewitujące koty o dwóch ogonach, które witają nas miauknięciem – całkiem fajne.

Zobacz również: Czy WWE 2K22 to dobry powrót serii?

Ghostwire: Tokyo

Fot. Screen z gry Ghostwire: Tokyo

Omawiając Ghostwire: Tokyo, nie mogę nie wspomnieć o walce, która w materiałach marketingowych prezentowała się niezwykle widowiskowo. Jak wspominałem wcześniej, Akito zostaje uzbrojony w moc, którą obdarza go KK. Walkę toczymy z perspektywy pierwszoosobowej, a polega ona na używaniu mocy żywiołów. Na początku możemy wystrzeliwać pociski oparte na wietrze, potem dochodzi ogień, a jeszcze później woda. Do dyspozycji mamy szybkie ataki oraz mocniejsze po naładowaniu. Naładowane z czasem będą wystrzeliwać po kilka pocisków naraz, a słabsze będziemy mogli używać szybciej. Do naszej dyspozycji dostajemy też łuk do większych dystansów oraz talizmany z różnymi efektami – paraliżujące, odwracające uwagę czy odsłaniające (odsłaniają rdzeń demona, dzięki czemu możemy go wykończyć jednym ciosem). I ten system walki rzeczywiście jest widowiskowy i sprawia frajdę, lecz to w głównej mierze klasyczne strzelanie – tylko w innej formie – co niestety mnie z czasem trochę znudziło.

Na moje znudzenie miała przełożenie na pewno też powtarzalność w kwestii przeciwników. Od początku siekamy – a raczej rozstrzeliwujemy eterycznymi pociskami – kilka rodzajów przeciwników. Są to przede wszystkim Deszczowiec i jego różne odmiany (demon zrodzony z ludzkich traum związanych głównie z pracą), bezgłowi uczniowie, Papierowa lalka (zrodzona z utrzymywania pozorów) czy też Nieszczęśnik (chłopiec w żółtym deszczowcu, który powstał z rozpaczy maltretowanych dzieci). Na naszej drodze stają też bardziej wymagający wrogowie, jak Kuchisake (kobieta z nożycami zrodzona z szału), ale już o wiele rzadziej. Wszyscy ci przeciwnicy mają ludzką budowę ciała. Niestety zaprzepaszczono tu potencjał na starcia z licznymi yokai, które przecież mogą przybierać przeróżne przerażające formy. W grze spotkamy parę niegroźnych ich przedstawicieli, a tylko z kilkoma przyjdzie nam się zmierzyć w misjach fabularnych czy pobocznych. Szkoda, bo walka z demonami w ludzkiej postaci to zdecydowanie nie jest najciekawsze, co mogli nam twórcy zafundować.

Zobacz również: Dziewczynka z Ring powraca w Dead By Daylight: Sadako Rising DLC

A jak gra wygląda i brzmi? Po pierwszym kontakcie od razu widać, że mamy do czynienia z grą od Japończyków. Jeśli graliście w niedawne Lost Judgment czy inne produkcje od Ryo ga Gotoku Studio, czyli twórców Yakuzy, to dostrzeżecie wiele podobieństw. Jest ładnie, ale nie za ładnie. Gra potrafi błyszczeć w przerywnikach filmowych albo zachwycić ładnymi światełkami neonowego Tokio, ale nadal tekstury to ten typowy japoński sznyt znany od ery PS3. Wodotrysków rodem z nowego Horizona tu nie doświadczycie, ale trudno też narzekać, bo efekty na przykład przy atakach mogą się podobać. No i klasycznie na PS5 możecie sobie w menu wybrać, czy chcecie trochę ładniejsze efekty cząsteczkowe, czy jednak wolicie stałe 60 klatek na sekundę (czy nawet więcej, bo jest też możliwość odblokowania klatek). A muzyka jest naprawdę klimatyczna, idealnie pasuje do tego mistycznego charakteru gry. I potrafi też podkręci trochę grozę, gdy jest to potrzebne. No i jeszcze ten japoński dubbing, który jest po prostu świetny.

Zobacz również: Literackie easter eggi z Assassin’s Creed Valhalla

Ghostwire: Tokyo to produkcja, która zadowoli przede wszystkim osoby lubujące się w japońskiej popkulturze, kulturze czy folklorze, bo ci zapaleńcy znajdą tu wiele dobra – potwierdzam. Inni mogą być trochę oszołomieni natłokiem fantazyjnych pomysłów i nazw. Z drugiej jednak strony sama historia też potrafi się bronić. Ale jeśli szukanie dobrego, oryginalnego w swej konstrukcji otwartego świata, to tu tego raczej nie znajdziecie. W grze jest może masa rzeczy do roboty, ale są to czynności odtwórcze i mocno powtarzalne. Czy mimo to warto zagrać? Ja bawiłem się naprawdę dobrze – zwyczajnie trzeba w pewnym momencie przestać przejmować się otwartym światem i podążać za historią Akito, KK i tajemniczego osoby w masce Hannya. No chyba że yokai, shinto i koty to wasza pasja – wtedy przeszukujcie każdy zakamarek, bo ciekawostki czają się wszędzie.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor działu Gaming i Mobile

Kontakt: m.chrzczonowski@tech-room.pl

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Rozrywka

Wejdź do świata filmów i seriali na: Movies Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?
0
Jesteśmy ciekawi Twojej opinii, zostaw komentarz!x